Poniżej wrzucam kilka zdjęć z małej renowacji pistoletu skałkowego Kentucky produkcji Yukara który kupiłem od kolegi z tego forum.
Gdy kupiłem ten pistolet to wyglądał tak: Drewno bukowe w naturalnym kolorze surowego drewna pokryte bezbarwnym lakierem. Lakier posiadający mnóstwo uszkodzeń, zadrapań i wgniotek. Szczególnie na chwycie poniżej kabłąka spustowego. Do tego mnóstwo defektów mechanicznych...
Strasznie mnie to irytowało więc nie myśląc długo rozebrałem pistolet...
Lakier został usunięty. Wgniotki wyciągnięte mokrą szmatką i żelazkiem. Całość wyszlifowana papierem ściernym i wełną stalową: Następnie drewno zostało pokryte bejcą i napuszczone olejem lnianym. Po olejowaniu nałożyłem woski i wypolerowałem. Po usunięciu defektów w mechanizmach całość poskładałem do kupy i obecnie prezentuje się tak: A tu razem z moim Pedersolim: To jeśli chodzi o drewno.
Elementy metalowe również wymagały interwencji...
Cześci mosiężne zostały wyszlifowane papierem ściernym z fabrycznych niedoróbek i wyczyszczone wełną stalową z patyny.
Korona lufy miała paskudne uszkodzenie wyglądające jak by koś celowo ją uszkodził. Wgniecenie na płasku ścięcia wylotowego i podobne na gwincie przy "fazce" korony. Wyjątkowo paskudny defekt w broni gdzie przednie okucie kończy się równo z lufą...
Lufa została skrócona o 1mm i została wykonana zagłębiona o kolejny 1mm korona lufy. Dodatkowo została zrobiona "fazka" przy przejściu z przewodu lufy na płask ścięcia wylotowego.
Jako że lufa uległa skróceniu skrócić musiałem również przednie okucie. Zostało ono skrócone na tokarce. Po skróceniu okazało się że wewnątrz odlewu są pęcherze gazowe średnicy 1-4mm. Zostały one zalutowane.
Język spustowy podobnie jak u Pedersoliego nie posiadał sprężyny i latał luźno. Wywierciłem i nagwintowałem otwór w płytce języka spustowego i wkręciłem w niego wkręt trzymający płaską sprężynę naciskającą na płetwę języka spustowego.
Otwór zapałowy wywiercony był za nisko i zakrywała go panewka. Został nagwintowany i wkręciłem na klej do gwintów wkręt zaślepiający. Wyżej na prawidłowej wysokości wywierciłem nowy otwór zapałowy mniejszej średnicy.
Między panewką a lufą była dwumilimetrowa szczelina. Podebrałem drewno by zamek wszedł głębiej i zamkną szczelinę. Niestety okazało się że nie wejdzie głębiej bo o lufę opiera się sprężyna główna. Konieczne więc było zwężenie i zmiana profilu sprężyny głównej.
By zapłon przy tak niskim położeniu otworu zapałowego był możliwy w fabryce oprócz owej dwukilometrowej szpary między panewką a lufą, w panewce zrobiono ścięcie pilnikiem. Owe ścięcie napawałem metodą TIG. Następnie zagłębienie w panewce zrobiłem na nowo miniszlifierką z biedronki. Powierzchnię panewki przylegającą do lufy wyrównałem drobnym pilnikiem i papierem ściernym rozłożonym na stalce.
Wokół nasady lufy wykonano w łożu jakieś dziwne pogłębienie. Przypuszczam że miało ono odprowadzać gazy powstałe z spalania prochu który dostawał się pod lufę i do zamka przez ową dwumilimetrową szczelinę i miało ono zapobiec rozsadzeniu przez nie łoża... Pogłębienie to jak i to po regulacji spustu wypełniłem wklejając w nie kawałki bukowego patyka do lodów.
Kolejny defekt to wygięty ogon zaczepy spustowego. Fabrycznie płetwa języka spustowego była za wysoka. Nie dało by się włożyć zamka w łoże bo ogon zaczepu uderzał w bok płetwy. Hiszpan montujący pistolet poradził sobie z tym wyginając ogon zaczepu spustowego kilkoma uderzeniami młotka... No cóż wyprostowałem ogon również kilkoma uderzeniami młotka, wgniotki wyrównałem pilnikiem i papierem ściernym. Płetwę obniżyłem szlifując ją na szlifierce i piłując pilnikiem.
No cóż pracy z tym pistoletem było sporo...